Neo ACE ma wszystko, co potrzeba – z wyjątkiem głośników. Musimy je dobrać sami – i całe szczęście, bo na tym przecież polega zabawa w hi-fi. Jest więc wzmacniacz z wejściami analogowymi, liniowymi, wejściem gramofonowym, pełnowartościowy przetwornik sieciowy, moduł sieciowy MiND (LAN/Wi-Fi). Dostępne są dwa wejścia koncentryczne, dwa optyczne oraz asynchroniczne USB audio o bardzo rasowych specyfikacjach: PCM 32/384 i DSD256 (11,2 MHz).

Do sterowania służy klasyczny pilot na podczerwień, zapewniający tylko podstawową funkcjonalność, oraz aplikacja MIND dostępna zarówno na systemy operacyjne Ios, jak i Android. Doskonale integruje ona wszystkie funkcje urządzenia, nie tylko rozszerzając funkcjonalność, ale całkowicie zastępując pilot.

Obsługa możliwa jest także z poziomu czołówki, szczególnie w odniesieniu do ustawień wstępnych, np. dotyczących logowania do domowej sieci Wi-Fi.

Należy pochwalić kontrastowy OLED-owy wyświetlacz z białymi cyframi na czarnym tle. Poziom ustawionej głośności widać nawet z odległości 4 m.

Brzmienie jest ogólnie nieco wyszczuplone. Góra, choć odważna, w zasadzie nie jest rozjaśniona, całość jest  bardzo precyzyjna. Szczególnie imponuje dół pasma. Nie jest idealny, bo właśnie on, czyli bas, odpowiada za ogólną szczupłość brzemienia. Gdyby było go krztynę więcej, na pewno by nie zaszkodziło. W 37-metrowym pokoju przy maksymalnie swobodnym ustawieniu, to jest z dala od ścian, basu było trochę za mało, zwłaszcza w połączeniu ze stosunkowo niewielkimi i zaprojektowanymi „liniowo” trójdrożnymi kolumnami z pojedynczym 7-calowym wooferem. To jednak nie przeszkodziło w tym, by wyłowić wybitną motorykę omawianego zakresu. Bas jest nieprawdopodobnie szybki i czytelny. Właśnie rozdzielczość basu jest jego cechą przewodnią. Jest to zaskakujące w kontekście tego, że mamy do czynienia ze wzmacniaczem zbudowanym na scalakach pracujących w klasie D! Niskie tony obfitują w detale, „każą” na sobie skupiać uwagę – mimo swojej szczupłości, a więc braku jakiejkolwiek dominacji.

Bardzo dobre jest także zszycie dołu góry i środka. To się nazywa spójność. Wszystkie zakresy są do siebie podobne – i charakterem, i precyzją, i szybkością. W efekcie doskonale ze sobą współpracują. Nagły, szerokopasmowy atak dźwięku jest dzięki temu czysty. Nie ma wyostrzeń, które powstają często wtedy, gdy wysokie tony wyprzedzają niskie.

Świetna jest także przestrzeń. Nagrania orkiestrowe w bardzo dużych składach i wielkich salach koncertowych samograj Moona odtworzył we właściwych proporcjach. Są warstwy, jest doskonała czytelność najdalszych planów. Precyzję lokalizacji oceniam jako znakomitą, niezależnie od odległości źródeł pozornych oraz ich położenia – na środku sceny czy po jej bokach. Jest to bardzo precyzyjne, ale i plastyczne granie. Jakość przestrzeni, przejrzystość, możliwość wglądu w nagrania były nieporównywalnie lepsze niż w przypadku wzmacniaczy za 5–7 tys. zł. Wielkie zaskoczenie!

Całość testu znajdziesz tutaj.